A ile to będzie w dolarach?

Dzień rozpoczeliśmy od zaliczenia naszej pierwszej kłótni. A jako, że nie jesteśmy w byle jakim miejscu, kłótnia też nie mogła być byle jaka. Wiecie, to była scena typu „rzucam wszystko co mam w rękach na ziemię, krzyczę na całą ulicę i odchodzę w siną dal!” Dziesięć minut później całowałem Ją przy dwóch zaskoczonych gościach naprawiających jakiegoś grata. Na oko od jakichś 20-tu lat i bez większego skutku. Pożar ugaszony.

To jeden z tych poranków, kiedy wydaje Ci się, że grasz główną rolę w filmie Zakochana Złośnica. I gwiazdorzysz. Dobrze, że obok Ciebie jest Twój prywatny Hugh Grunt. No dobra, Jack Gylenhaal!

P7230104.jpg

Tuk-tuk! Kto tam?

Jedną z najfajniejszych rzeczy w Tajlandii są bezsprzecznie tuk-tuki. Dla tych, co nie wiedzą, są to takie trójkołowe taxi-skuterki. O czym mieliśmy się dowiedzieć trochę później – dzielą się na te zielone – tanie i zaufane (przejazd gdziekolwiek kosztuje ok. 5-6zł) oraz te nie-zielone czyli mafia tuk-tukowa.

 

P7230121.jpg

 

– Kochanie, znalazłam nam tuk-tukarza, który zawiezie nas do Floating Marketu, a póżniej do Chinatown za 3 polskie złote!

Rząd tuk-tukarzy czeka na ciebie, jak stado piranii. Przywódca gromadki, czyli ten, który potrafi skleić kilka zdań po angielsku, umówił się z Nią, że zawiezie nas do dwóch największych atrakcji Bangkoku: Floating Marketu i Chinatown i odwiezie do hotelu. Jak się jednak okazuje, na Floating Market można się dostać jedynie łódką (Daah!) i że te wstrętne barki wycieczkowe dla europejczyków to kosztują po 2000-3000 zł! Oczywiście on nam załatwi lepszą, tańszą, tajską, już za…300? 200? 180! Taniej się już nie da!

 

P7230161.jpg

 

 

Jedziemy! Całe 400 metrów dalej wysiadamy pod obskurnym mostem, gdzie nocują bezdomni, przechodzimy przez śmierdzące doki, po rampie przez barkę i trafiamy na bystrą, pomarszczoną babinkę. „Dawać 1800 bahtów!” Jako, że mieliśmy w portfelu całe 50, a okoliczności zaczęły się robić coraz bardziej szemrane, zagraliśmy na zwłokę.

– A ile to będzie w dolarach?

To pytanie zasiało porządany ferment w jej umyśle. Babina wyciągnęła największy kalkulator jaki widziałem w swoim życiu i liczy! Klik klik klik… A łódka czeka… Stuk, stuk, stuk.. Wszyscy wstrzymują oddech… Klik, klik… Wreszcie chowa swój wielki kalkulator i rzuca coś po tajsku do kierowcy. Ma nas zawieźć do najbliższego bankomatu. Uff! Wsiedliśmy, podjechaliśmy, wypłaciliśmy, daliśmy kierowcy 40 bahtów za kłopot i ruszyliśmy przed siebie w drugą stronę, słysząc za sobą stek tajskich przekleństw. Przynajmniej Szef przestał za nami wołać na ulicy.

 

P7230094.jpg

 

Floating Taxi

To, co wychodzi nam zdecydowanie najlepiej, to chodzenie przed siebie bez planu i listy pomników, które koniecznie należy zobaczyć, żeby nazwać się pełnoprawnym turystą. I tak oto po całych 3 minutach wędrówki, lądujemy w pięknym parku tuż nad wodą. I beng, podpływa coś, co nazwiesz Cudem Nad Wisłą albo wodną taksówką. Wchodzimy w głąb tłumu, udając uczestników wycieczki. Wsiadamy. Nie płacimy za bilet. Nie wiemy dokąd płyniemy. Nie wiemy też gdzie wysiadamy.

P7220028

Wylądowaliśmy w miejscu, które cieszysz się, że widziałeś, a jeszcze bardziej, że już z niego wyszedłeś. Była to taka hala jadalnio-przechowalnio-śmietnikowo-zakładowa, a w pakiecie ciała kotów, szczury, karaluchy, pająki wielkości twojej pięści oraz zapach rozkładającego się mięsa i ryb. Wracamy na łódkę. Załogę stanowią głównie mieszkańcy, którzy codziennie zamiast stać w warszawskim korkach, płyną do pracy małym statkiem. Na pokładzie są też charakretystyczni Monkowie, którzy nie mogą dotknąć kobiety. Jeden z nich poprosił Go o to, żebym się przesunęła, by spokojnie mógł obok mnie przejść. Poznajemy także dwóch sympatycznych Tajów, którzy wskazują nam drogę do Chinatown. Wodna taxówka jest super! Koszt: zero złotych.

 

Chinatown to, jak się nietrudno domyślić, dzielnica, w której mieszkają Chińczycy. Co robią Chińczycy? Handlują. Czym? Wszystkim. Dosłownie wszystkim. Mrowisko sklepów złożone z setek pomieszczeń, a w każdym tysiące klapek, czapek, spodni, śrubek, rurek, klamek, kredek, żarówek, spinaczy, sukienek, poduszek, wanienek, podkładek, nakładek i bóg wie czego jeszcze bęc! Pomnóż to wszystko jeszcze razy 100, dodaj do tego 35 stopni, milion ludzi i ścieżki szerokości 80 cm. Najciekawsze jest to, że wśród wszystkiego, co istnieje na świecie, nie mogliśmy znaleźć jedynego, czego szukaliśmy – słomianego kapelusza…

Tajski Bus

Jako, że rano wymeldowaliśmy się z hotelu, nie mieliśmy planu gdzie spędzić kolejną noc. Weszliśmy do pierwszego z brzegu biura wycieczek aby rozeznać się w sytuacji, spojrzeliśmy na mapę i zarezerwowaliśmy nocny przejazd busem 500km na północ do drugiego największego miasta – Chiang Mai. Koszt: 60zł od osoby. Podróż trwa aż 12 godzin bo od 19 do 7 rano, ale za to odpada nam noc w hotelu. Trochę spóźniony Taj w koszulce Coś-Tam-Transport każe nam iść za sobą. Przedzierając się po ciemku przez stragany i wąskie uliczki zaczynamy się zastanawiać czy w ogóle istnieje jakikolwiek autobus. Na szczęście dochodząc do ronda przy którejś z większych ulic naszym oczom ukazuje się piękny, wielki i błyszczący rydwan! Wiecie, coś w stylu PolskiBus, tylko TajskiBus. Bagaże, schodki, miejsce – jedziemy!

P7230229.jpg

 

 

Charyzmatyczny Alex rzuca żartem, obok francuska rodzinka w składzie mama, tata i dwie córki opowiadają nam, że wyjechali na 5-tygodniową wycieczkę po Tajlandii i trzymają kciuki za naszą Nową Zelandię. Noc mija głównie na przekręcaniu się z boku na bok w poszukiwaniu tej idealnej pozycji, w której da radę zasnąć. Po chwili zastanawiasz się czy swędzi cię dlatego, że nie myłeś się od 20 godzin, czy dlatego, że w kocu, który ci dali mieszkają pluskwy, czy może to i to. W środku nocy zaliczamy postój w zajezdni złożonej z trzech sekcji: jedzenia, sklepu i toalet. Sam nie wiem, która z tych trzech była najbardziej odpychająca. Sanepid umarłby na zawał.

P7230236.jpg
Przydrożny zajazd gdzie w toaletach śpią psy…

 

Chiang Mai

O 7 rano całe Chiang Mai smacznie śpi.  Nie ma mowy o naleśniku z bananem  zjedzonymi na pobliskim krawężniku. W przeciwieństwie do tętniącego życiem 24h na dobę Bangkoku, tu miasto budzi się póżnym popołudniem i zasypia wcześnie rano. Idealnie! Ani mi, ani Jemu, nigdy nie przeszkadzało chrapanie do 12 i nocne spacerowanie wzdłuż wody. Bujaliśmy się więc przez 5 godzin na huśtawce, czekając na zameldowanie w hotelu. Hotel 10/10.

Właściwie, najgorszym, co cię może spotkać o 7 rano w Tajlandii są… komary. Nie wiadomo dlaczego, te miejscowe, najbardziej na świecie kochają dwójkę spoconych, błąkających się bez celu białych. Najlepiej tak do 12. Potem te ciche, małe, przenoszące malarię sukinsynki  magicznie znikają. Puf!

P7240267.jpg
Odnaleźć swój hotel w labiryncie identycznych uliczek…

 

 

– Chyba znów się zgubiliśmy

– To co, piwko?

Cetrum miasta jest w kształcie kwadratu, otoczonego kanałami z każdej strony. Stosując się do naszej zasady: im mniej planujesz, tym lepiej- jesteśmy zgubieni średnio 55 razy dziennie. I fajnie, bo nie ma nic lepszego niż bycie zgubionym w Tajlandii!

Różnica między Chiang Mai, a Bangkokiem polega głównie na tym, że to pierwsze jest troszeczkę luźniejsze, spokojniejsze, mniej komercyjne i trochę ładniej pachnie. Oczywiście to wciąż Tajlandia, więc nie wyobrażajcie sobie, że jeżdzą tu 4 samochody, a zjeść cos można w dwóch knajpkach w dwóch różnych częściach miasta. Najbardziej wkurzającą różnicą jest jednak to, że jakiś pieprzony geniusz wymyślił sobie kiedyś: zróbmy miasto w kształcie kwadratu, tak żeby za 1000 lat każdy turysta gubił się w nim co 5 minut! I każda ulica będzie podobna! Brzmi jak mega pomysł! Mimo wszystko Chiang Mai jest super, a i ja, i Ona polubiliśmy je bardziej. Wielu spotkanych po drodze backpackersów podzielało nasze zdanie, również wielu miejscowych opowiadało, że przeprowadzili się tu z Bangkoku.

P7240313.jpg
Tajowie mają naturalny zmysł do tworzenia przytulnych zakątków

Amore Tajore

Tinder to śmieszna apka, której nie należy traktować zbyt serio – każdy to wie. Nie każdy jednak wie, że można tam przez przypadek poznać zupełnie normalnych ludzi, którzy nie chcą ci wysłać zdjęć swoich jąder, tylko tak jak ty, po prostu się nudzą i są nowi w mieście. Po miesiącu ta uśmiechnięta blondynka z kocem na głowie siedzi na ławce, a ty masz tylko nadzieję, że jest chociaż w połowie tak samo zestresowana, jak ty. Trzy wdechy… 

Początki naszej znajomości to przechodzenie przez płoty, włamywanie się na zamknięte warszawskie osiedla, picie wina na trawie przy -10, spacery na lotnisko, żeby oglądać lądujące samoloty i bukiety z zamarzniętych pałek wodnych.

Kto by pomyślał, że kilka miesięcy później porwę ją na koniec świata…

P7250105.jpg
Nocna jazda tuk-tukiem to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mogą was tu spotkać!

Przepis na idealną randkę w Chiang Mai: wynająć rowery za 5 zł, jechać w deszczu kilkanaście kilometrów poza  miasto zobaczyć Zoo, po to, by dowiedzieć się, że dziś już nie wejdziesz, bo zamykają 3h przed czasem. Zamiast tego pójść do dzielnicy barów i zamówić 2 drinki, które okazują się być jednak wielkim hektolitrowym dzbanem. Ach ta komunikacja, no trudno… Jakieś 20 drinków później wracać pijanym na rowerze wśród tuk-tuków, skuterów i miliona samochodów, gdzie nikt nie słyszał o przepisach ruchu drogowego. (Tato, nie martw się, Twoje wychowanie nie we wszystkich aspektach poszło na marne!) Potem trafić przypadkiem na Nocny Market, który odbywa się raz w tygodniu i kupić trzeci kombinezon w słonie.

Swoją drogą japonki też już ma w słonie, bo przecież plecak wszystko pomieści…

P7250127.jpg
Bluesowy zespół gra w knajpie, ludzie przynieśli sobie krzesła żeby posłuchać

Godzinę później zgubić się, usiąść na schodach ruin i jedząc pałeczkami uliczne pierożki gapić się na nieskończone morze świateł samochodów.

Schody wkrótce nazywasz „Waszymi Schodami”, bo to jedno z nielicznych punktów w mieście, z którego potrafisz wrócić do hotelu.

Zawołać tuk-tuka i dać się oszukać bo zamiast podwieźć Cię tam gdzie prosisz, wywozi Cię w miejsce, o którym istnieniu nie miałeś pojęcia. Usiąść w pubie, który Tajka prowadzi ze swoim chłopakiem Kanadyjczykiem, pełnym anglojęczycznych ludzi, którzy w końcu rozumieją co do nich mówisz, a właściciele co chwilę krzyczą:

– Darmowe szoty Black Cock dla wszystkich!

P7240459.jpg

Po jakimś czasie sam zaczynasz tak krzyczeć. A chwilę później dajesz się namówić na jeżdżenie na słoniach jutro o 7 rano, co okazuje się najlepszą pijacką decyzją w twoim życiu.

Ale o tym, następnym razem…

-=-

 

 

 

 

 

 

P7250052.jpg

P7220097

P7260001.JPG

 

P7230011.JPG

P7230150.jpg

P7220037.jpg

 

 

Advertisements

4 thoughts on “A ile to będzie w dolarach?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s