Jest takie miejsce…

ERRATA: Wpis o Filipinach jest ogromnie długi i ma w sobie mnóstwo zdjęć. Są to zapiski naszych pierwszych doświadczeń z północy Palawanu, które mogą różnić się od innych miast, innych wysp czy innej pory roku. Nie chcemy urazić mieszkańców i jesteśmy świadomi, że mieszka tu mnóstwo świetnych ludzi. Niemniej, wszystko co opisujemy odzwierciedla nasze aktualne odczucia podczas pobytu.

 

Powiem wam, jak to wyglądało, kiedy jeszcze w Polsce planowaliśmy naszą podróż po Filipinach. Prawdę mówiąc, wtedy myśleliśmy, że Tajlandia owszem, warta zobaczenia, ale to właśnie Filipiny skradną nasze serca na zawsze. Jak to zwykle bywa – los chciał zupełnie inaczej.

 

P1010154P1010089

Za górami, za vanami

Tacy z nas spryciarze oszczędnisie, że najczęściej wybieramy transport nocny. Bo a) nie marnujesz dnia na lotniskach; b) nie płacisz za nocleg;

c) w gratisie jesteś niewyspany. Coś za coś.

Wylot z Bangkoku o 24, przylot do Manili o 4, przejażdżka mikobusikiem na terminal lotów wewnętrznych, lasagne za miliony, która w niczym nie przypomina lasagne Pani Asi i podeszwa od buta, nazywana tu kawałkiem pizzy hawajskiej. W południe lądujemy w Puerto Princesa i witamy Filipiny z uśmiechem na japkach. Filipiny natomiast witają nas ścianą deszczu i taksiarzami, którzy krzyczą głośniej nawet od zezłoszczonej mnie. (Nie no, bez przesady…) Przed nami jeszcze 6h vanem do El-nido. Tam również jest lotnisko, co prawda o powierzchni metr na metr i cenach, o których nie warto wspominać i brać ich w ogóle pod uwagę.

P1010001

P1010008

Wstrząśnięci i zmieszani

Czytając i oglądając zdjęcia, filmy i wpisy o Filipinach byliśmy tak nakręceni, że zamiast 10 dni tu, i 6 w Malezji – dokupiliśmy bilety żeby być 16 dni, a w Kuala Lumpur tylko kilka godzin na lotnisku. Argumentowaliśmy to tym, że Malezja ze swoimi islamskimi zasadami jak osobne pokoje w hotelu czy zakaz bikini, nie przypadnie nam do gustu, za to rajskie plaże, leżaczki i palmy jak najbardziej! Po 2 dniach na Filipinach, nie mogliśmy się doczekać naszych starych biletów już za 8 dni…

Na AirAsia i CebuPacific bardzo często można dorwać fajne promki! W ogóle loty po Filipinach nie są zabójcze, kilkadziesiąt złotych i jesteś na innej wyspie w godzinę 30 minut. My chcieliśmy przemieszczać się tu jachtostopem, stopem, łódkami, kutrami, statkami, kajakami i busikami. Na początku ze skrzywionymi minami mówiliśmy: „samolot zamiast łódeczki na rajskich wyspach, serio?!”. No właśnie, na początku. Nie bez powodu i nie tylko ze względu na koszty, najpopularniejszym filipińskim środkiem transportu dla turystów jest samolot. W porze deszczowej woda nie jest zbyt łaskawa, zamiast przyjemny-rejs-małą-łódką, dostajesz rzygam-kilka-godzin-bez-prerwy-rejs-małą-łódką. Bardzo popularne są tu również atrakcje turystyczne pod tytułem: „statek się topi, rescue yourself, nie wzywamy pomocy, bo za drogo”.

P1010236

P1010157

Wybuchowa mieszanka

Filipińczycy to, podobno, osobliwość wśród ludów tej częśći Azji i Oceanii. 7107 post-hiszpańkich, post-amerykańskich wysp, gdzie 80% to chrześcijanie i 90% ludności mówi po angielsku.

Brzmi jak bajka, prawda?

Słowo „osobliwość” to najładniejsze określenie, jakie znalazłem. Filipińczycy to Azjaci o cechach cygańsko-latynoskich. Co oznacza ten szalony mix? Są leniwi, nie da się z nimi na nic umówić, nie są zbyt uprzejmi czy uczynni, potrafią się narzucić, a w turystach widzą chodzące dolary. Wiele osób próbuje cię oszukać lub naciąć na kasę. Oczywiście nie wszyscy i oczywiście nie zawsze ale takie było nasze pierwsze wrażenie.

Przestawiają np. zegarek w telefonie, żeby powiedzieć Ci, że twój bus już odjechał, ale on cię chętnie zawiezie – już za 4 x droższą cenę. Notorycznie też źle wydają ci resztę i zamiast dostać 5 stówek, dają ci jedną. Że niby przypadkiem…

 P1010002

P1010004

 

Hell’s Kitchen

Do tego ich kuchnia, w porównaniu do sąsiadów, jest kompletnie bez szału. Nie ma tu przypraw, nie ma tu ognia, nie ma tu pomysłów i zaskoczenia. Jest za to wodnisty rosołek z kapusty, serowe patyczki, niesmaczna ryba z ryżem i kalmary zabite starym, śmierdzącym olejem. Szkoda.

Jest super, jeśli dostaniesz danie, które zamówiłeś. Zamiast popularnej tu ośmiornicy, którą chcesz spróbować, dostajesz popularnego w europie kurczaka, którego w domu jesz 5 razy w tygodniu. Nie masz tu opcji zwrotu czy podmiany, zapłacić musisz i tak, więc jesz, to co ci dają. Loteria.

 

P1010105

P1010362

 

 

Rozwinięty chaos

To biedny kraj, gdzie 300 zł to fortuna. Na ich szczęście widoki, góry, doliny, plaże, gorąca turkusowa woda, palmy, rozgwiazdy, wielkie nietoperze i żółwie morskie czynią go bardzo chętnie wybieraną destynacją dla bogatych turystów. Niestety minusem jest to, że ogromne wpływy z zagranicznych portfeli nie stworzyły tu lepszych warunków do życia. Nie ma tu nawet infrastruktury, która dla nas, europejczyków wydaje się być podstawowa, jak: prosta droga, odpływ wody, internet, czysta toaleta, budynki nie zagrażające zawaleniu czy kosze na śmieci. Raz wzieliśmy noc w niezłym hotelu z wifi, cena 130zł. Okazało się, że internet nie działa, za ręczniki trzeba płacić, a woda w łazience jest lodowata, lub zimna. W dodatku pralnia na przeciwko nie działała, choć bardzo jej potrzebowaliśmy. Nasz stary sposób „wrzuć ciuchy pod prysznic, dolej żelu, dosyp proszku i skacz!”, po raz kolejny uratował nam życie. Niestety wysuszyć coś w porze deszczowej to inna historia…

Po przylocie na Palawan, pierwsze co chcieliśmy i musieliśmy zrobić, to wypłacić pieniądze. Nie nosimy przy sobie dużej ilości gotówki, bo w rankingu: rafałkowa skarpeta w renifery vs bank, to pierwsze wypada nieco słabiej. (Dyskutowałbym…) Bankomaty postawili głównie dla przyjezdnych, a ich ilość, w jednym z najbardziej turystycznych miejsc, wynosi kilka sztuk i oddalone są od siebie o 2h jazdy busem. Jeśli już jakiś znajdziesz, to wcale nie oznacza, że zaraz zjesz tosta i wypijesz kawę. W jednym bankomacie może być maksymalnie 500 000 peso. Z reguły są one jednak puste. Pierwszego dnia odwiedziliśmy 3 bankomaty w 3 różnych miastach. Każdy wycyckany do ostatkiego peso. Zjedliśmy więc na obiado-kolację paczkę ciastek: 3 sztuki na głowę. Mamy nauczkę, żeby następnym razem dokładniej czytać przewodniki.

P1010220

P1010321

W drogę, bo drogo

Nasz domek z bambusa miał być przy plaży, ok. 8 km od ElNido. Jak się okazało – był przy plaży ale godzinę drogi autem OD El-nido. Taki szczegół. Po przyjeździe do miasta, jedynym sposobem dostania się do naszej wioski Sibaltan był kierowca vana, który zgodził się nas zabrać za 40 zł. Przespaliśmy się w domku, o 7 rano złapaliśmy tego samego gościa. Godzinę i kolejne 40zł później byliśmy znów w El-nido w poszukiwaniu los pesos, potrzebnych do nie umarcia z głodu. Na szczęście w jednym ATMie znalazły się pieniądze, może dlatego, że pilnował go policjant z shotgunem w ręku. Obiecany powrotny transport do naszej wioski o 14:00 oświadczył nam, że wcale tam nie jedzie i nie wie o co nam chodzi. Kilkunastu kierowców motorków z blaszaną naczepką rzuciło się na nas jak osy. Chętnie nas podwiozą do Sibaltanu już za 240zł, bo to baaaaardzooo daleeeekoooo. Co prawda nie bardzo wiedzieliśmy co zrobić, na szczęście bardziej znienawidziliśmy motorkowych naciągaczy, dlatego obrażeni odwróciliśmy się na pięcie i poszliśmy szukać szczęścia gdzie indziej.

Tak oto 20 minut później, mknęliśmy skuterkiem po krętych drogach, w stronę bambusowego szałasu, mijając krajobrazy, przez które kocha się Filipiny. Wynajęcie skutera kosztowało nas 35zł za cały dzień, plus 5zł na benzynę. Taniej, fajniej i o niebo lepiej! Nie wiem o co tu chodzi, sklepu spożywczego szukasz przez pół dnia, ale stodoły z gazoliną, sprzedawaną w butelkach po coli, masz co 3 kroki. Po drodze mijasz przesłodkie filipińskie dzieciaczki z plecakami 3 razy większymi od nich, które krzyczą ci „Hello Madam, Hello Sir!” i przybijają ci piąteczki. Naprawdę extra! Drogę co chwilę przecinają ci stada krów albo prebiegające kozy. Dzikie psy postanowiły, że droga należy tak samo do nich, jak do ludzi, więc śpią sobie na jej środku niczym się nie przejmując. 

pano2

 P1010046

 

El-Nido. Coś tu poszło bardzo nie tak. Drogę przebiega ci wataha dzikich psów goniących szczura, a szczerbaty dziadek obiera na krawężniku jakąś rybę, za to ceny są tu tak absurdalnie wywindowane, że nie wiesz czy się śmiać, czy płakać. Weszliśmy do jedynej porządnej, niemal luksusowej knajpy: 1. ma wifi, 2. czasem przychodzą tu politycy, czy szefowie lokalnych klanów, żeby pokazać jak to stać ich na jedzenie z turystami. Dostaliśmy dwie kawy nescafe 3w1 + lód, że niby Ice Cofee Starbucks Elo, 2 tosty z szynką z Biedry i zupę knor „pieczarka w proszku”. Delektowaliśmy się naszym śniadaniem mistrzów, kiedy po drugiej stronie uliczki Filipińczyk w brudnych spodniach przybijał kamieniem gwoździa do bambusa tworząc kolejny niezbadany cud architektoniczny. Rachunek: 75 zł.

Filipiny mają to do siebie, że raz je kochasz, a raz nienawidzisz. Do pewnych rzeczy się przyzwyczajasz, zaczynasz tolerować, a nawet rozumieć. Łapiesz znieczulicę, kiedy 5 mrówka wchodzi ci na twój talerz z ryżem. Strzepujesz ją i jesz dalej. Są takie momenty, kiedy leżysz na hamaku na pięknej plaży i myślisz, że jest lepiej niż najlepiej. Wtedy gromada ogromnych pająków stwierdza, że to idealna chwila by wejść całą bandą na twoją nogę. Nie wracasz już na hamak.

 P1010270

Gypsytown

Wybaczcie za to, co napiszę ale to trochę tak, jakbyś wziął wioskę Cyganów, przeniósł ją do najpiękniejszego miejsca na Ziemii i wysyłał tam wielu bogatych turystów. Wracasz po kilku latach, a tu zamiast eleganckich kurortów, sklepików, hotelików i klimatycznych małych knajpek na oświetlonej promenadzie zastajesz dalej tę samą wioskę, z tą różnicą, że teraz połowa mieszkańców zajmuje się sprzedażą chińskich klapek w zakurzonych budkach z blachy falistej, a druga połowa dospawała do swoich motorków trochę metalu, dodało chyboczące trzecie koło i stoją całymi dniami na ulicach nawołując każdego białego, że podwiozą ich na piękną plażę 4 km stąd już za 100zł. Na upartego można w tym wszystkim znaleźć jakiś dziwny urok. Trochę jak w Meksyku czy Ameryce Południowej. Przyzwyczaj się lub zgiń. Najtańszy bar w mieście, piwo tylko 40 pesos, a do tego free wifi! Okazuje się, że wifi owszem, jest, ale nie działa, a piwo kosztuje jednak 80, bo coś tam. Filipiny!

Zamiast płacić taryfiarzom, wynajmujesz sobie kajak i pływasz przez pół dnia wyławiając dryfujące wokół kokosy, znajdujesz swoją małą prywatną plażę, kąpiesz się w najpiękniejszych wodach i zbierasz muszelki. Koszt 20zł. Masz takie problemy w stylu: „Dlaczego nie obudziłeś mnie na ten piękny wschód słońca?!”.

Budziłem. Nic nie dało.

Filipiny są idealne na nic-nie-robienie, a ten brak urbaniacji, elektryczności i internetu ma mnóstwo plusów! Nie wspominając już o wschodach słońca, które są NIE-Z-TEJ-ZIE-MII!!!

 pano3

 

Jest takie miejsce…

Mimo początkowego narzekania na odległość twojej wioski od miasta, po jakimś czasie dochodzisz do wniosku, że jesteś tu naprawdę szczęśliwy. Lepiej być tu, w spokojnym, cichym i pięknym azylu niż w brudnym i chaotycznym labiryncie z blachy i pustaków. Oczywiście są minusy, jak np. wielkie, wszędobylskie mrówki, ale w rachunku plusy/minusy – wychodzi na ogromny plus! Woda jest przecudowna, plaże są przepiękne, gwiazdy niesamowite, ogromne palmy zrzucają kokosy pod twoje stopy. Chłopaki pracujący w ośrodku są ultra mili, uczysz ich grać w makao pijąc piwka przy barze. Dowiadujesz się, że nie są zbyt zamożni i ich jedyną wycieczką w życiu był wyjazd na 3 dni do stolicy kraju sfinansowany przez szefa. Mimo to są uśmiechnięci i cenią sobie dobre, proste życie. Erik pracuje i śpi tu codziennie, ale kiedy ma wolne, buja się w swoim ulubionym hamaku nucąc „Let it go!” z bajki Disneya. Wieczory spędzaliśmy siedząc na plaży i rozmawiając z innymi przyjezdnymi.

 

P1010295

W wiosce szałasów jest nas łącznie 14 gości: Włoszka, Koreanka, Niemiec, Holender i Amerykanin – każdy z innego kraju, ale poznali się 4 miesiące temu na wymianie studenckiej w Japonii. Do tego chirurg z Izraela, 2 najbardziej imprezowych ziomków z Hiszpanii i 2 Brytyjki – każda ze sztucznymi cyckami. Wszyscy jecie z tej samej budki, leżycie na tej samej plaży i pijecie piwo przy tym samym beachbarze. Nawet nie wiesz kiedy, waszym wieczornym rytuałem staje się to, że łączycie stoły i siadacie razem, łącznie z pracującymi tu chłopakami. Gracie w karty, narzekacie na komary, śpiewacie i naprawdę dobrze się czujecie w swoim towarzystwie! I stajecie się taką małą filipińską rodzinką, za którą nie wiadomo dlaczego tęsknisz. Zamiast dwóch nocy, zostaliśmy w Tapiku na 4. Będąc teraz w mieście, żałujemy, że to nie nasza wioska i nie nasi szałasowi kumple.

pano6

Siedząc z Saalem wieczorem na plaży, popijaliśmy san miguelki i rozmawialiśmy o życiu. On, młody chirurg, brunet z zarostem, na cichej, tropikalnej wyspie, do złudzenia przypomina mi Jacka z Lostów. Niestety nie wie o kim mówię, bo kiedy ja oglądałem Zagubionych, on siedział w tonie książek lekarskich. Opowiedział mi o swojej podróży po Indiach, gdzie w pociągu spotkał prześliczną dziewczynę z Malezji. Bardzo sie sobie spodobali, niestety ze względów religijno-politycznych ona nigdy nie będzie mogła przyjechać do Izraela, ani on do Malezji. Czasem siada i zastanawia się, co tam u niej słychać. Saal pracuje w szpitalu, gdzie operuje uchodźców ze strefy Gaazy i żałuje, że jego kraj jest w konflikcie z wieloma sąsiadami. Życzy nam powodzenia w NZ i każe obiecać, że jeśli kiedyś trafimy do jego miasta, napiszemy mu maila żeby mógł nam pokazać jego ulubioną knajpkę.

P1010231

Więcej grzechów nie pamiętam

Rozgrzeszając Filipiny i nasze pierwsze, niezbyt pozytywne odczucia: to kraj biedny, z bardzo burzliwą historią polityczną, z wieloma problemami i mimo różnych minusów, jest tu też mnóstwo dobrych, pogodnych, szczęśliwych ludzi. Zrozumiałym jest to, że dla nich turyści oznaczają pieniądze, a pieniądze to szansa na życie lepsze niż codzienna harówka przy połowie ryb, czy uprawie pola ryżowego. Ludzie są różni na całym świecie i wiadomo, że prędzej poznasz cwaniaczka, który próbuje cię oskubać z kasy, niż niezbyt majętną matkę śpiewającą pod nosem w ogródku, czekającą z obiadem na jej dzieci wracające ze szkoły. Sam kraj jest przepiękny, tutejsze miejsca można spokojnie porównać do raju na Ziemii! Jeśli tylko dasz mu szansę, nie nastawisz się na niewiadomo jak rozwinięte centrum turystyki i czasem zaciśniesz zęby – da ci niepowtarzalne doświadczenia!

Pojechaliśmy na południe. Kolejne zaskoczenie.

Ale o tym, następnym razem.

 

P1010317
Podczas przypływu woda dosłownie moczy twoje stopy kiedy jesz śniadanie.
P1010272
Filipiny i niesamowite wschody słońca!

 

P1010043
Wynajęcie skuterka okazało się być najlepszą decyzją
P1010008
Porcik, z którego codziennie wyruszają wycieczki dla turystów
P1010078
Miejscowa piękność
P1010037
Na Filipinach koszykówka to sport narodowy i sposób na nudę
P1010403
Codziennie podczas odpływu, miliony małych krabów wychodzą z piasku i drepczą ku wodzie!
P1010268
Widok, który nigdy się nie nudzi..

pano4

 

Advertisements

One thought on “Jest takie miejsce…

  1. w życiu bym nie powiedziała, że masz tak dobre pióro, patrycja! zdecydowanie jest warte tego, żeby zostać tu na dłużej, także życzę jednak więcej miejsc z darmowym wifi ;-).

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s