Nasz (pierwszy) miesiąc miodowo-musztardowy

„Wstawaj! Budź się! Zobacz, tam w dole…”

Poczuliśmy się dziwnie widząc WRESZCIE, NARESZCIE te długo wyczekiwane wysepki! Takie połączenie podniecenia, stresu, strachu, ciekawości, szczęścia i tyłka, chcącego wreszcie wstać z samolotowego fotela. Nowa Zelcia przywitała nas po ciemku, ale adrenalina nie pozwoliła zmrużyć oka. Jeszcze nie. Musieliśmy najpierw przejść przez milion bramek, kolejek, szlabanów i kontroli. Kiwi nie chcą żeby przywozić im cokolwiek co ma związek z ziemią, zwierzętami, roślinami, jedzeniem, chemią, medycyną i namiotami.

Na wjeździe dostajesz dwustronicową ankietę z pytaniami typu: czy w twoim plecaku znajduje się: jedzenie, przyprawy, babmbusowy patyk, brudne buty, a może próbujesz przemycić jakąś muszelkę albo karalucha? Wszędzie wiszą znaki: „Przyznaj się albo płać”, a żeby wyjść z lotniska trzeba przejść przez kilka punktów kontrolno-prześwietleniowo-przesłuchaniowych.  Warto uważać, bo jeśli w twojej walizce znajduje się mały, nadgryziony banan – stracisz 400 dolków. I banana.   

Na szczęście nasz namiociński nie musiał przechodzić kwarantanny jako „never used”. Ha! Opłacało się być lamusem i nocować cały miesiąc po hotelach! Na zewnątrz powinna na nas czekać hostka z Air B&B ale nie bardzo wiemy gdzie iść. Ciekawe uczucie zagubienia, trafić na koniec świata i nie bardzo wiedzieć co dalej…

Pierwsze miasto i pierwsze psy za płoty

Wreszcie się zjawia! Barb, trochę rozpieszczona 40 latka pracująca na tutejszym Uniwerku. Mąż uciekł, syn się wyprowadził, została jej przesympatyczna, przeleniwa, merdająca ogonem, włochata kula, zwana Teagan.

Pokochaliśmy Baśkę od pierwszego wejrzenia! A Teagana próbowałam przekupić czekoladowymi dropsami dla psa i ukraść, kiedy nikt nie będzie widział. Nie udało się. Tęsknie do dziś.

Na pierwszy  dłuższy przystanek wybraliśmy Christchurch. Miasto kilka lat temu zostało mocno poturbowane przez trzęsienie ziemi, a spora część mieszkańców spakowała manatki i tyle ich widziano. Do tej pory, co drugi mijany na ulicy dom, jest wystawiony na sprzedaż. A szkoda, bo Christek to naprawdę urocze, zielone i kochane miasteczko! Tydzień spędziliśmy głównie na zakochiwaniu się w Nowej Zelce, spacerowaniu, jedzeniu ton sushi, próbie znalezienia czapek i wysyłaniu CV. Co ciekawe, oni tu kompletnie nie wiedzą, że mają zimę! Chodzą sobie w krótkich spodenkach, a czapek to szukaliśmy chyba z 2 tygodnie…

Nasza znajomość terenu ograniczała się do informowania kierowcy busa że płacimy 8$ i wysiadamy gdzieś tam dalej. Z reguły nie protestowali. Kupiliśmy karty do telefonów i założyliśmy konto w banku aby poczuć się choć trochę kiwusiami. Z tego samego powodu próbowaliśmy fish&chips, czytaliśmy The Press i oglądaliśmy kanał One siedząc pod ciepłym kocem. Niestety wydawanie dolarów kiedy przyjechało się ze złotówkami to dość kiepski biznes, dlatego nieuchronnie zbliżał się czas znalezienia pracy.

Jako, że wtedy o szukaniu pracy nie wiedzieliśmy za wiele,  obrażeni postanowiliśmy ruszyć ku, jak nam się wtedy wydawało, praco-artystyczno-lifestylowemu Eldorado czyli Wellington! Baśka poradziła żebyśmy wzieli auto z wypożyczalni. Nazajutrz czekała na nas nowa Ravka4. Za darmo, z pełnym bakiem, wystarczy że przewieziesz je w 2-3 dni z punktu A do B i tyle! I tak wsiadłem za kółko pierwszy raz od 7 lat ku lepszemu jutru. Z kierownicą po prawej. Było spoko.

Dostał 200$ mandatu!

180. I absolutnie nie zasłużyłem.

Ale co to była za droga! Góry, morze, urwiska, offroady, pastwiska, kaniony i wszystko to, czego potrzebujesz do szczęścia! Apogeum radości nastąpiło, kiedy  jako prawdziwi Ahoj Majtkowie, wsiedliśmy na ulepszoną wersję Titanica i popłynęliśmy z wiatrem we włosach  na północną wyspę. Wtedy jeszcze żyłam w słodkiej nieświadomości, co to znaczy choroba morska… 

Upragniony ląd! Ziemia obiecana! Nasza Itaka!

Zakręcone Wellington, kawa, ława i pelikany

Wellington jest urocze, to najfajniejsza stolica w jakiej byliśmy! Mała, przyjemna, zielona, z wielką plażą, kafejkami i uśmiechniętymi biegaczami. Centrum jest nieduże, ale strasznie fajne, wszędzie chodzi się na nogach z racji swojej kompaktowości. Inne dzielnice rozrzucone są na krętych jak loki pagórkach i wzgórzach. Biedna Patka codziennie w autobusie przeżywała żołądkowe katusze. Trafiliśmy na super fajne AirBnB gdzie wraz z hostką i parką młodych, przefajnych Anglików, stworzyliśmy małą, luźną rodzinkę. Było super! No i Ona szybko znalazła sobie pracę więc ja mogłem leżeć na kanapie w domu i udawać, że też szukam!

Teoretycznie pracę znalazłam następnego dnia po przyjeździe, a praktycznie to proces rekrutacyjny w Nowej Zelce na stanowisko Kelner/ Barista w sieciówce typu Starbucks, prezentuje się następująco:

Dzień 1 – aplikacja online,

Dzień 2 – rozmowa rekrutacyjna przez telefon, 

Dzień 3 – rozmowa rekrutacyjna w cztery oczy,  

Dzień 4 – wypełnienie stosu dziwnych formularzy z jeszcze dziwniejszymi pytaniami,

Dzień 5 – dzień próbny, 

Dzień 6 – rozmowa z managerem lokalu, 

Dzień 7 – rozmowa z jakimś Włochem.

Dzień 8 – beng, mam pracę!

Dzień 9 – przyjedź do lokalu usłyszeć gratulacje od Rekrutera,

Dzień 10 – znów wstań o 6, tym razem po to, żeby usłyszeć gratulacje od Menagera,

Dzień 11 – przyjedź zobaczyć umowę, którą od kilku dni masz na swoim mailu, 

 Dzień 12 – dostarcz podpisaną umowę,

Dzień 13 – bądź aktywnym uczestnikiem na ważnym, niezbędnym i cholernie potrzebnym szkoleniu, na którym dowiesz się, że będąc kelnerką, warto A) uśmiechać się do klientów, B) dbać o higienę (swoją, nie klientów) oraz C) nie jeść tych 3dniowych, odgrzewanych w mikrofali kanapek, te przeznaczone są wyłącznie dla klientów,

Dzień 14 – odbierz grafik,

Dzień 15 – w końcu zacznij swój pierwszy dzień pracy! 

Z weekendami i przerwami, cały proces trwał 3 tygodnie. Zwolniłam się po 3 dniach…

To i tak o 3 dni dłużej niż moja przygoda z Wellusiowymi pracodawcami. Jako, że nikt nie bardzo palił się, żeby zatrudnić nas w czymś bardziej ambitnym na maksymalnie 3 miesiące, a portfel coraz wyraźniej ukazywał swoje denko, doszło do kuriozalnej sytuacji gdzie przerabialiśmy nasze CV na wersje „dla debili”. Wykreśliliśmy wszystko co mogło być odebrane jako choć trochę zbyt ambitne i dopisywaliśmy sobie life experience w stylu „rok pracy jako rozdawacz ulotek” albo „pół roku jako trzymacz znaku drogowego”.

Tak oto trafiłem na rozmowę rekrutacyjną do, jak się okazało, pośredniaka, na stanowisko Młodszy Specjalista do spraw Łopaty i Taczki. Po szeregu idiotycznych zadań i interaktywnych testów w stylu „Johny będąc na budowie uderzył się w głowę. Czego nie miał? A) Kasku, B) Pieniędzy, C) Pelikana”, oraz tonie papierologii i umowologii – otrzymałem zielone światło do pracy! Obiecano mi, że oto od tej pory kiedy tylko będzie jakaś praca w pobliżu 300m od mojego adresu zamieszkania i akurat ktoś z moimi kwalifikacjami stwierdzi, że od teraz chce polować na antylopy i nie przyjdzie do pracy, a potem trafi we mnie piorun, a o północy ugryzie kobra – zadzwonią do mnie z dobrą nowiną, że mają dla mnie pracę!!! Płatne minimalną krajową. To znaczy oni dostają 25$/h, a ja minimalną.

Sprawdziłem pogodę – zbierało się na burze i tym samym moje szanse drastycznie wzrosły! Niestety, jak się później okazało, w NZ nie ma węży, nie licząc tych ogrodowych. Nic. Żadnego. Zero. Null. Nawet tyciego zaskrońca. Musieliśmy wyjechać…

Gdzie? Na południową wyspę.

Znowu.

Do zobaczenia, Welly!

Niestety ze względu na kończące się pieniądze, brak pracy i okroooopną pogodę Welluś nie zostawił samych wspaniałych wspomnień. No ale obiecaliśmy sobie dać mu i nam drugą szansę w przyszłości przy lepszej pogodzie i pełniejszych portfelach. Poza tym nie wyjadę stąd dopóki nie zobaczę Weta Cave i reszty legendarnych hal zdjęciowych, spuścizn po Władcy Pierścieni! Jeszcze z tobą nie skończyliśmy Wellington!

Ale póki co postanowiliśmy efektownie zaspać na autobus i pojechać na prom najdroższym Uberem w historii ludzkości. Tak na pożegnanie. Nasz statek także postanowił uciąć sobie małą drzemkę i spóźnić się o 1,5h więcej niż my. Za to pociąg, na który kupiliśmy bilety z wyprzedzeniem, oczywiście po to by zaoszczędzić,  zdecydował, że odjedzie punktualnie. Machaliśmy mu więc ze statku. Pociągowi i naszym dolarom. 

Ogólnie po wielu dyskusjach i debatach doszliśmy do wniosku, że chyba nie jesteśmy mistrzami w pieniądze. Wiem, zaskakujące, prawda? W sumie nikt nie wie czemu tak jest. Może to być spowodowane naszym wszechobecnym nieogarem albo naszymi kłótniami i chyba stawiałbym na to drugie. Co prawda trwają max 2 godziny ale często mają destrukcyjny skutek dla naszego portfela.

Ja anioł jakby co!

Ta, Archanioł Patka Patron Kłótni, Afer i Gównoburz… Ale co tam! Łapiemy stopa i jedziemy do Blenheim, w regionie Marlborough – królestwa słońca, wina, pracy i backpackersów! Jak się na miejscu okazało, więcej tu Niemców niż w Dojczlandach (taki żart à propos imigrantów).

Wino, dzielni Niemcy i pole do popisu

Ale serio, u nas w winiarni jakieś 70% to nasi zachodni sąsiedzi. Sami nie wiedzą skąd ich tu tyle. Może ichnia policja potrafi stanąć na ulicy i wskazać co drugiego palcem: „Ty, ty, ty und Sie! Jedziecie jutro do Blenheim zur arbeit!”. No i tak siedzą te biedaki z nami w vanie i słuchasz niemieckiego przez 9 godzin. Jakby już sama praca nie była wystarczającą karą. Aha, czy wspomniałem, że znaleźliśmy pracę? Na winiarni! I teraz mamy GRONO nowych przyjaciół! Taki NIEWINNY żart. Dobra, już…

A tak naprawdę to są bardzo w porządku. Młodzi, pracowici i mało zabawni – typowi Niemcy. Z jednej strony kłócą się o każdego dolka, każdą gałązkę i łodyżkę, z drugiej pierwsze co robią po przyjeździe, to kupują sobie jeepa za 2.5 tysiąca Ojro. Potem śpią w nim przez miesiąc bo to oszczędność 30$ tygodniowo zamiast wziąć pokój w hostelu. A w pracy jedzą wyłącznie makaron z pasztetem bo wychodzi tanio. To już chłopaki z Fidżi, którzy przypływają tu łódkami aby ciężko pracować i wysyłać 90% pieniędzy do swych rodzin żyją bardziej rozrzutnie. No mniejsza.

W tym przypadku obyło się bez rozmów kwalifikacyjnych. Ba! Nawe nie było rozmowy telefonicznej. Babeczka, której do tej pory nie widzieliśmy na oczy i nie mamy pojęcia czy istnieje, napisała nam smsa: „ej, możecie zacząć w poniedziałek?”.  Mogliśmy. Zwolniłam się, spakowaliśmy cały nasz dobytek życia  i zostaliśmy rolnikami!

Nasza kariera rozwija się w tempie błyskawicznym, a przed nami prawdziwa i jasna ścieżka rozwoju. Jeździmy vanem, obcinamy krzaczki, wyciągamy łodyżki z drutów, zakładamy jakieś linki na słupy, do których nie dosięgam lub ściągamy linki ze słupów, do których nie dosięgam, wkurzamy się, przeklinamy i wyzywamy.

Pracujemy za to z samymi spoko ludźmi, każdy mniej więcej w wieku 20-28 lat.

Najwięcej czasu spędzamy z Andreą i Carlosem, belgijsko-włoską parką, która zna się jeszcze krócej od nas. Andrea to moja kompanka w cierpieniu, obie co chwilę krzyczymy: „Rafał/ Carlo pomocy! Zostaw wszystko co robisz i przybiegnij mi pomóc!”.  A co robią Niemki, kiedy my, najgorsze rolniczki we wszechświecie, zaczynamy płakać, tupać nóżkami i krzyczeć? Niemki bez słowa, bez żadnego narzekania i z zakrwawionymi stopami, pracują jakby nigdy nic! Dzielne dziewuchy! #grlpwr  

  Zarabiamy minimalną krajową. Ale uwaga: jeśli tylko poświęcisz całe swoje życie osobiste, zniszczysz doszczętnie kręgosłup i zapomnisz o głodzie, przerwach czy potrzebach fizjologicznych, możesz zarobić nawet i 25 dolarów na h! Nikt jednak nie słyszał o osobie, której by się udało zgarnąć cokolwiek powyżej minimalnej, ale to właśnie Ty możesz być pierwszy, jedyny, najlepszy!!! A czy wspominałam już jak bardzo nienawidzę tej pracy?

 

Za młodzi by spać, za starzy by wstać

Wstajemy o 6 rano. Tzn w praktyce nasze budziki wyglądają tak: 6:00 pierwsze ostrzeżenie, 6:05 wstydliwe powtórzenie, 6:10 tragedia się zbliża, 6:15 budzik ostatniej szansy, 6:20 umierasz, 6:25 zwolnili cię, 6:30 apokalipsa, koniec świata i śmierć szczeniaczków.

Ubieramy się w ciuchy przygotowane już wczozraj, szybka łazienka, śniadanie i obiad do pudełek, worek na plecy, kalosze na nogi i 25 min truchtu na zbiórkę na 7:00. Pracę zaczynamy od 8:00, a kończymy o 16:30 więc zanim zrobisz zakupy, wrócisz, umyjesz się, zrobisz obiad na jutro – jest po 19:00. Wtedy, o ile nie zaśniesz ze zmęczenia bo zrobiłeś dzisiaj znowu 30 tys. kroków (nasz rekord to 36 604) – masz jakieś 2h żeby obejrzeć film, obczaić coś na fejsie czy zadzwonić na skypie. Idziesz spać o 21, bo rano 6:00 i znowu od początku. I tak sześć razy w tygodniu. A płacą ci za 6-7h bo niby tylko tyle pracowałeś. Pozdro.

Zazwyczaj obejrzę 3 minuty filmu i padam ze zmęczenia jak bobas po dobranocce. A szkoda, bo mieszkamy w chatce, którą kochamy!  Za dwie owce (!!!) w ogródku imieniem Cola i Sugar, za psa Milę, za kota Freda, za cegły i drewnianą wyspę w kuchni, za kominek i za ekspres do kawy. Za cenę też! Mieszkamy u młodego małżeństwa Kristin i Davea, którzy mają wszystko to, co my będziemy mieć jak dorośniemy: piękna chatę, pałętające się między nogami zwierzaczki, 2 konie, własną łódkę i oczywiście Toyotę Hillux. Mamy tu ogromne szczęście do ludzi z Airbnb, a może po prostu każdy Kiwuś jest taki super kochany? A jak mamy wolne to wyciągamy nasze nosy zza drzwi, po to by kolejny raz przekonać się, że  Nowa Zelka to był najlepszy wybór z możliwych!

Czasem zdobywamy pobliskie wzgórza otaczające Blenheim. Wspaniała rozrywka z niesamowitymi widokami, no i zupełnie darmowa! Na szczęście wszystkie wypłaty robi się w NZ tygodniowo, co znaczy, że cały kraj dostaje w każdą środę lub w czwartek przelew. Wreszcie zrozumieliśmy dlaczego wiele sklepów jest w te dni czynne dużo dłużej. Niestety nie bardzo możemy coś kupić, bo wciąż czekamy na naszą kartę z banku. Nie żeby bank wysyłał ją przez miesiąc. Po prostu zmieniamy miasta i adresy i zawsze prosimy naszych gospodarzy o przesłanie jej kiedy do nich dojdzie, i tak nasza karta śledzi nas od kilku tygodni. Już chyba w 5 domach była.

Taka z niej Karta-Podróżniczka.

 

Co przyniesie przyszłość

Po dwóch tygodniach zrezygnowaliśmy z winiarni i postanowiliśmy znów zmienić miasto i pracę. Ogólnie Blenheim jest super, chyba wolimy takie trochę mniejsze, spokojniejsze miasta, gdzie każdy się zna i mówi ci dzień dobry, kiedy myje auto na podjeździe albo kosi trawę w ogródku.

Super jak akurat trafi się na wyprzedaż garażową u sąsiada i zgarnie się darmową herbatę imbirową! 

Jest uroczo, zielono, są rzeczki, parki, mostki, pagórki, a w niedzielę po mieście jeżdzi pełno starych, odrestaurowanych klasyków! Serio, to jest niesamowite, nie mówię o autach 20 letnich, tylko takich klasykach-klasykach z lat 1920-1950! Mega!

W międzyczasie okazało się, że w naszej firmie pierwszy raz od 15 lat zawiódł system płacowy i za naszą pracę, wypłacili nam wynagrodzenie w wysokości całych 3 dolarów za h. Motywacja do bycia rolnikiem spadła do zera. Podobno naprawią swój błąd i dostaniemy nasze pieniądze, pytanie tylko kiedy i czy na pewno, bo mieliśmy małe zawirowania z numerem podatkowym, czego ich komputerek postanowił nie uwzględnić. 

Niby dostaliśmy nową pracę jako kelnerzy na północy przy przepięknym jeziorze Taupo, więc kto wie?

Na pewno będę chciała wrócić do uroczego Blenheim i znów jeść Chińczyka na trawce w parku, którym codziennie chodziliśmy do pracy. Póki co cieszymy się pierwszym dniem na (ponownym) bezrobociu i końcem kariery na polu. Z tej okazji pofarbowałam włosy na różowo i otworzyliśmy butelkę wina do śniadania. Królowie odpowiedzialności w formie! A od jutra znów szukanie pracy i wysyłanie tryliona CV. Nie chcę jutra.

Całkiem sporo jak na pierwszy miesiąc ale nie możemy się już doczekać, co wydarzy się w drugim!

 

 

Advertisements

2 thoughts on “Nasz (pierwszy) miesiąc miodowo-musztardowy

  1. no dobra, z jednej strony wierzę wam na słowo odnośnie tego jak ciężko musiało się pracować w winiarni, ale z drugiej, będąc największą fanką nowozelandzkiego sauvignon blanc… to jak bycie na misji! bardzo ważnej dla mnie osobiście misji! 😉

    ps. a już całkowicie na poważnie – trzymam kciuki. przede wszystkim za więcej pieniążków i mniej czasu spędzanego w pracy, który zdecydowanie powinniście przeznaczyć na bloga! keep going!

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s