Od zera do managera

W poprzednim odcinku: Zmęczeni ciężką pracą na winiarni i  słabymi zarobkami postanowiliśmy się zwolnić i poszukać czegoś lepszego, umówiliśmy się z gościem z północy na rozmowę jako kelnerzy w tutejszych Międzyzdrojach, wsiedliśmy w stopa, prom, busa i bam! Wysiedliśmy w samym środku Taupo – letniowypoczynkowego miasteczka, gdzie zimą mieszka jakieś 15 tys osób, a latem jakieś 115 tys.!

 

Wielkie jezioro i małe lenistwo

Pierwsze wrażenie: jeziorko (gigant), dziadki grający w golfa i najlepsze sushi na świecie. Ogólnie bardzo na plus. Nasze stópki pomknęły w kierunku wynajętego wcześniej  na Airbnb pokoiku, prezentującego się na zdjęciach niczym apartament w Hiltonie na Bahamach! Szybka kłótnia w między czasie o to czy iść w prawo czy w lewo, ale to już nasza mała klasyczna tradycja! Wspominam o tym, bo to dla mnie bardzo ważna i przełomowa chwila, gdyż, ponieważ, dlatego że pierwszy raz w histori miałam rację! (Pff…)
Ja- super kompas! Niestety na miejscu zamiast bagażowego-odźwiernego-wózkarza-kamerdynera, zastaliśmy karaluchy w łazience, lepkie blaty, sztućce i wszystko inne, tor przeszkód na podłodze, a na deserek – zapaszek godny toy-toya na Openerze. Wszystko to za sprawą rocznego, przesłodkiego bobasa! W salonie był różowy zamek księżniczki, więc wszystko wybaczone!

Okazało się, że nasz gospodarz to szef kuchni w knajpie w której mieliśmy pracować. Na szybkiej rozmowie z szefem szefuńciem okazało się też, że jest to najbardziej zaludniona knajpa w kraju i, że wraz ze zbliżającym się sezonem będzie coraz gorzej i gorzej. Dlatego też A) płacą całkiem sporo i B) jak zwolnimy się szybciej niż po 4 miesiącach to będziemy musieli płacić jakąś wielką karę, bo zostawimy ich w środku sezonu bez dwóch przeszkolonych kelnerów. Hmm… Musieliśmy się nad tym mocno zastanowić, zwłaszcza ja, bo Ona nie dawała jakichś wielkich oznak strachu przed byciem kelnerką. W przeciwieństwie do mnie.

Dla mnie głównym argumentem „na nie” było przede wszystkim to, że na WHS z Polski, można pracować maksymalnie 3 miesiące dla jednego kiwusiowego pracodawcy. Właściwie ciężko znaleźć osobę, która miałaby jakieś problemy po złamaniu tego warunku wizy, ale też głupio ryzykować, szczególnie kiedy chcemy na pewno uzyskać zwrot podatku bla bla bla.

W prawo, w lewo, czy na drzewo

Decyzje odkładaliśmy na potem, na jutro, na pojutrze i tak w końcu sytuacja stała się bardzo dziwna i napięta. Głównie przez znikające w zatrważającym tempie dolary, nie mieliśmy pojęcia gdzie one uciekały i czemu nas tak nie lubiły…

Naprawdę szczerze baliśmy się o przyklejenie do podłogi, co skutkowało omijaniem kuchni i jedzeniem codziennie śniadań, obiadów, kolacji i tryliona przekąsek, kawek, ciasteczek i innych czasoumilaczy na mieście. Oszczędnisie podczas kryzysu…

Tak czy siakowak, wreszcie postanowiliśmy nie sprzedawać naszych najlepszych lat życia (znaczy letnich miesięcy) na pracowaniu po 23h dziennie. w gorącym, dusznym ulu. Ubrani w białe koszule. Nie widząc się nawzajem całymi dniami.

To jednak oznaczało, że musieliśmy bardzo szybko znaleźć coś innego, bo każdy dzień przybliżał nas do kapitulacji. Decyzja zapadła – niezwłocznie spadamy do Queenstown i siedzimy tam dopóki nie znajdziemy pracy i kropka!!! Jeden mały problem – wczoraj zapłaciliśmy z góry za cały tydzień noclegu i umówiliśmy się na odebranie naszej głupiej karty z banku na za 6 dni. A więc tydzień w Taupo…

psx_20161015_191356

Romans z hot-dogami

Kiedy bezrobocie stało się bardziej dokuczliwe niż fajne, wpadliśmy na genialny pomysł! Otworzymy naszą małą, własną, kochaną i najlepszą w całym mieście budkę z hot-dogami! Właściwie to nie budkę, a wózek, a będąc bardziej dokładną – wózeczek. Między wyszukiwaniem przepisów na hot dogi, a wyborem wózka i dostawców, oświeciło nas, że nas na to nie stać. Kolejny genialny pomysł: weźmy kredyt! Przez apkę w telefonie! W złotówkach! Straćmy miliony na przewalutowaniu! Płaćmy oprocentowanie gorsze od chwilówek i haraczy!  Zaryzykujmy!

 Na szczęście w porę pukneliśmy się w czoła i odpuściliśmy. Tym razem wygrał zdrowy rozsądek ale mało brakowało! A kto wie, może zostalibyśmy królami hot-dogowego półświatka, no trudno. W międzyczasie zobaczyliśmy największy (bo jedyny) wodospad w okolicy – reklamowany jako zapierający dech w pierściach! Faktycznie nie kłamali – choć bardziej zaczeliśmy się krztusić ze śmiechu… Nie był taki najgorszy, ale na zdjęciach wyglądał jakby miał ze sto metrów, a miał bardziej cztery.

Cztery? Nie mam pojęcia gdzie on widział 4 metry! To był krasnal wśród wodospadów!

Magia szerokiego obiektywu. Wodospad odhaczony, resztę tygodnia spędziliśmy na byciu chorym i oglądaniu całego sezonu Supernatural pod kołdrą.

Bo Stranger Things pochłonęliśmy w ciągu jednego dnia!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

The land down under

Wyzdrowieliśmy, spakowaliśmy się, odebraliśmy kartę i ruszyliśmy ZNOWU na południe… Trochę się to zrobiło monotonne, to ciągłe przenoszenie się tu i nazad. Przynajmniej tym razem byliśmy kompletnie spłukani i jechaliśmy prosto w paszczę najdroższego miasta w NZ! Tak dla podgrzania atmosfery.

Nijak nie dało się przenieść z Taupo do Queenstown w ciągu jednego dnia, postanowiliśmy więc przespać się gdzieś po drodze. Sześć godzin autobusem do Wellington, biegiem w ostatniej chwili na samolot, godzina w powietrzu i znów w naszym ukochanym, płaskim jak placek Christchurch. Tutaj złapaliśmy tanie i baaardzo studenckie AirBnB. Nie za czysto, nie za pachnąco, wszędzie butelki po piwie i pudełka po pizzy – aż się łezka wspomnień zakręciła…

Obiecaliśmy sobie zobaczyć Christka jakiego wcześniej nie znano – czytaj: w końcu pojechać do centrum. To miasto ogromnie nas zaskoczyło – po raz kolejny – pozytywnie znaczy się! Serio, znów wszystkim, którzy narzekają na Christchurch mówimy – SPADÓWA!

Mają tu np małe miasteczko, całkowicie zbudowane z kontenerów! Stoi sobie taki niepozorny kolorowy kontenerek wśród innych niepozornych kolorowych kontenerków, a w środku:pyszny burgerek, a obok BANK. Może by się nawet milej czekało przez wieki na tę nieszczęsną kartę… W naszych główkach, Wellington miało być turbo artystycznym miastem fajnych ludzi. W rzeczywistości to Christek podbił nasze serduszka. Może przez wszędobylskie murale, Quarry Park albo tego miłęgo pana autobusiarza.

A co robią kiwusie, kiedy ledwo starcza im na nocleg i jedzenie? Idą do kina na Bridget Jones 3…

Warto było!

 Nawet jeśli na całą salę kobiet było nas tylko trzech chłopów w niedoli, sequel naprawdę 10/10! Tutaj też warto dodać, że mieliśmy dostać kolejne darmowe auto od wypożyczalni ale Ona jak to Ona: zarezerwowała wszystko na 11 listopada, nie 11 października, po czym kłóciła się i wyzywała wszystkich jak to nas oszukali hehe. Typowe. Wzieliśmy zatem bardzo drogi i aż ośmiogodzinny bus i ruszyliśmy podziwiać niesamowite widoki!

Krętą drogą do drogiej księżniczki

Queenstown to chyba najpiękniejsze miasto, które do tej pory widzieliśmy  w NZ! Ma miano najbardziej extremalnego miejsca i nic dziwnego: góry, jezioro, wszędzie młodzi ludzie, którzy przyjechali tu na narty, deski, downhill, skoczyć na bungee czy ze spadochronem, polatać na paralotni i popływać na deskach czy wybrać się na szalony rafting. W skrócie, naprawdę jest co tu robić! My natomiast nie bardzo wiedzieliśmy co poczniemy, kiedy wysiądziemy z busa. Planowaliśmy chodzić od hostelu do hostelu, licząc że jakiś miły Recepcjonista zaproponuje nam łóżko za cenę, na którą nas stać. Poszło szybciej niż myśleliśmy: ledwo nasze noski wciągnęły queenstońskie powietrze, a jakaś sympatyczna blondyneczka zaproponowała nam nocleg u siebie w hostelu. W dodatku, managerkę jest Polka! Pierwsza Polka, którą spotkaliśmy te 17 tys. kilometrów od domu.

Ciekawa historyja: Malwina mieszka tu 4.5 roku, od 1.5 roku pracuje jako managerka w hostelu i przez cały ten czas spotkała przed nami tylko jednego Polaka, w dodatku mówił, że na imię ma Paul, a nie Paweł i ciężko mu się mówi w ojczystym języku, bo jest w podróży już od uwaga… OŚMIU MIESIĘCY!!!

Queenstown ma jednak jedną podstawową wadę: jest piekielnie drogie. Za pokój dwuosobowy w hostelu liczą sobie 75 dolarów najmniej. W sezonie ceny są abstarkcyjne, dochodzą nawet do 400 dolarów za noc! Mowa o hostelach, nie o hotelach, a takowych  tu prawie tyle samo, co turystów. Takie polskie Zakopane.

Jeszcze w Taupo znaleźliśmy ogłoszenie o pracę, które bardzo nam się spodobało. Standardowo wysłaliśmy CV, ale nie liczyliśmy na wiele, bo w NZ średnia oddzwonień wynosi jakieś 1 na 100.

Raz zadzownili do mnie 15 września z zaproszeniem na rozmowę na… 1 listopada. Nikt tu się specjalnie nie śpieszy. Oprócz nas i naszych kończących się dolarów.

psx_20161026_145703

Wesoła nowina w biednej stajence

Głupi ma szczęście, a że jest nas dwoje to pewnego pięknego dnia zadzwoniła niejaka Lizzie z naszego wymarzonego ogłoszenia. Umówiliśmy się na wtorek.

Spóźniliśmy się o 3 dni. Oczywiście nie z naszej winy hehe.

Wszystko odbyło się w piątek. Rozmowa była w HolidayParku, którego praca dotyczyła, jakieś 5 min samochodem lub 2 godziny na stopach od miasta.

Spacery tu są baaardzo przyjemne. Można też z łatwością złapać stopa, a potem wybrać się z kierowcą na obiadek i dowiedzieć się kilku ciekawostek typu: Peter Jackson wykupił hektary ziemi w Quenstown, tylko po to żeby nie budowali już żadnych hoteli na tak pięknym terenie. Co za super gość, teraz kochamy go jeszcze bardziej!

Spacer, wesoła gadka z managerami – Lizzie i Liamem, parką Anglików, którzy przyjechali tu kilka lat temu – „odezwiemy się za kilka dni”. Nie chcieliśmy nic mówić, ale w naszym wypadku każdy dzień był na wagę złota. Dosłownie. Jako plan C, czy nawet już G mieliśmy spanie w namiocie w górach i robienie herbatek z sosnowych igiełek.

Przy całych – 5 stopniach…

Na szczęście anonimowe Aniołki uratowały sytuacje (<3) i żywi doczekaliśmy niedzielnego telefonu – „Zaczynacie od środy ziomeczki!”. Juhu! Koniec z byciem biedakami! Zaczyna się Złota Era Pieniędzy i Dobrobytu! W sumie trochę byłem ciekaw tego przepisu na te igiełki, niby od samego Beara Gryllsa…

psx_20161026_151615

Oficjalnie, czysto i fajnie

No więc oficjalnie jesteśmy pachołami od wszystkiego: przynieś, podaj, pozamiataj. Nic skomplikowanego, ambitnego i wymagającego.

Praca nazywa się Housekeeping, a miejsce to HolidayPark. W skrócie potrzebują nas żeby utrzymać w porządku, czystości i ogólnej sprawności domy, domki, hoteliki, camperki, namioty, grille, huśtawki, stoliki, kuchnie i łazienki na tutejszym terenie. Codziennie o 8:59 wychodzimy z pokoju bo od 9:00 ścielimy, myjemy, odkurzamy, grabimy, kosimy, pierzemy, zmieniamy, wycieramy, przycinamy, wyrzucamy i wiele innych czasowników kończących sie na -emy i -amy. Jest bardzo spoko i pracujemy do około 14. To oznacza, że o 14:01 jesteśmy już w domu!

Bo zapewniają zakwaterowanie! Chcą zaoszczędzić na pokojach dla pracowników, więc zawsze szukają dwóch osób, przez co jest to trochę taki przytułek dla pracujących parek. Wszędzie pareczki. Nawet jak dla mnie, jest tu czasem aż za słodko. Pracujemy cały czas razem, przerwy mamy razem i dni wolne razem. O dziwo, jeszcze nie mam krwawych myśli. Do czasu…

Póki co nie ufają nam na tyle, żeby puszczać nas razem, więc przez pierwszy tydzień chodzimy ja plus któryś z chłopaków, a Ona z którąś z dziewczyn – korzystam z wolności póki mogę! A ludzie są naprawdę spoko, każdy jest mega luźny, łącznie ze Stevem szefem. Wszyscy też zgodnie mówią, że jest to najfajniejsza praca jaką do tej pory mieli. Puk, puk! Room service! Nikogo nie ma w środku, więc Alex puszcza Boba Marleya z telefonu i lecimy!

psx_20161026_150804

Quo Vadis, Kiwusiu?

Trudno się w tej pracy nudzić bo ciągle robimy coś innego z kimś innym, do tego bardzo, ale to baaardzo ciężko się zmęczyć, więc  resztę dnia możemy spędzać na chodzeniu po górskich szlakach i jaraniu się „o mamoooo, jak tu pięknie!”.

Jak się potem okazało, przyjęli nas nie dlatego, że wydaliśmy się spoko, ale głównie dlatego, że nikt nigdy nie pracował tu z Polakami i wszyscy byli ciekawi co to za czary. Oczywiście, że okazaliśmy się super fajni i każdy nas tu uwielbia, ba, to nawet chyba nie muszę wspominać!

My ich też całkiem lubimy! Najlepsze jest to, że za nocleg płacimy 50 dolków za 2 osoby za tydzień. W tym ręczniki, Internety i co najważniejsze: trampolina w ogródku! I właśnie budują jaccuzi, saunę i małe spa! Póki co mieszkamy w jednym z pokoi, ale docelowo przeprowadzamy się do Camper Vana! Czy to nie brzmi jak wieczny festiwal muzyczny z grillem w tle?! Każdy z pracowników mieszka na terenie HolidayParku, więc żyje się tu jak w małej, różnokulturowej rodzince.

Mamy więcej szczęścia, niż rozumu. Jak zwykle.

Wygląda na to że znależliśmy nasz nowo-zelandzki domek i chcemy tu zostać na dłużej. Może dłużej nawet niż te 3 miesiące, zobaczymy. 

Czyżby po wielu tygodnaich tułaczki dwa kiwusie pariasy wreszcie odnalazły swoją małą ostoję? Z luźną pracą, fajną ekipą, bardzo spoko zarobkami, kempingowym klimatem, przepięęęęknymi widokami i maaaasą rzeczy do zrobienia w Queenstown i okolicy – na pewno nie będzie nudno! No i obiecujemy, że od teraz będziemy pisać częśćiej!!!

psx_20161024_164916

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s